Kuba przez całe popołudnie puszcza nasze najlepsze kawałki, a ja się rozklejam. Wracają wspomnienia, tamte dawne i te całkiem świeże, ubarwione przepięknym, tylko naszym, intymnym muzycznym tłem. Wiem, że tym razem odchodzisz już na dobre, a wraz z Tobą jakaś część mnie i mojej młodości…

Pamiętam dzień gdy przyszłaś do mnie po raz pierwszy. Byłaś wtedy 20-letnią, bardzo odważną i inteligentną kobietą. Niewielu Cię znało lub miało odwagę z Tobą rozmawiać. Ja miałem zaledwie 11 lat, a Ty pojawiłaś się u mnie razem z Jolką i Ewką, do których wzdycham do dziś. Wtedy dużo starszymi ode mnie, z problemami dorosłych, których nie rozumiałem. Później przyprowadziłaś też Małgosię, która pokazała mi jak postawić we włosach irokeza. Urszula latem zabrała mnie na łąkę pełną dmuchawców. Wreszcie ta najważniejsza – Olga, z którą na sennej i pustej bałtyckiej plaży leżałem w oczekiwaniu na wiatr, który rozgoni ciemne, skłębione zasłony. Wraz z dziewczętami pojawiali się ich koledzy. Pamiętam Janusza, który  uświadamiał mnie politycznie, że dla systemu zawsze będę znaczył tyle, co zero, a może nawet mniej niż zero. Był też Grzegorz, który przekonywał, że aby łatwiej żyć, nie należy się wychylać, że trzeba równać do tłumu, a w dorosłym życiu wywiesić białą flagę i usiąść przed telewizorem. Był jeszcze inny Grzegorz, który z butelką alpagi potrafił w letnią noc do świtu opowiadać historię swojego życia, a ja, słuchając jej czułem, że w każdym fragmencie tej opowieści jest także i moja własna autobiografia. Pewnego razu pojawił się Kazik, którego trochę się bałem, bo nie znosił kompromisów i to zostało mu do dziś. Był Krzyś, który wciąż opowiadał o dzikich prywatkach z gandzią, ale tak naprawdę nie mógł się pozbierać po rozstaniu z kobietą i zapomnieć o kilku dniach, których nie zamieniłby za nic w świecie. Kiedyś przyszedł Rysiek. Nie mówił prawie nic. Zazwyczaj śpiewał. Nauczył mnie ballad o whisky, o cegle i o dziwnym malarzu, które zawsze już od tamtej pory grałem na gitarze przy ognisku. Był wciąż jakiś nieobecny, ale tą swoją nieobecnością krzyczał: Stój, zatrzymaj się, pomyśl, co jest dla ciebie ważne. I ciesz się z chwil, bo tylko one są w życiu piękne. Było ich wielu, także świetnych kumpli z obcych i dalekich mi krajów. W Twoim imieniu przedstawiał mi ich Marek, Wojtek, Piotr, Tomasz, Marcin, Anna. To oni uczyli mnie słuchania muzyki. Wrażliwości na dźwięki, słowa, treść. Odróżniania piękna i sztuki od banału i kiczu. Byli też Andrzej, Monika, Grzegorz, Michał, Kuba i wielu innych, którzy z kolei stawali się moimi przewodnikami w labiryncie społeczeństwa. Z nimi przeżywałem swoją szkołę podstawową, liceum, studia, pracę. Siermiężne czasy schyłku PRL i euforię z odzyskania wolności. Przy nich zakuwałem do matury i podczas sesji. Byli ze mną gdy mój kraj wchodził do Unii Europejskiej. Wtedy gdy spełniały się nasze najśmielsze marzenia i wtedy, gdy ktoś walił kolbą w drzwi.

Masz na imię Trójka. Byłaś ze mną przez 38 lat. Byłaś tłem mojego życia. Soundtrackiem i lustrem. Rosłem z Tobą. To ty kreowałaś mój gust, moją wrażliwość i świadomość społeczną. Gdy zaczynałem dzień byłaś ze swoim słowem, dyskusjami, spotkaniami i muzyką. Byłaś gdy się uczyłem lub pracowałem. Byłaś gdy zasypiałem. Czasami i Tobie było ciężko, ale przetrwałaś najgorsze nawet chwile. Dziś złoczyńcy odebrali mi Ciebie na zawsze.

Nie ma już nikogo. Został Kuba. Właśnie wyłączył muzykę, pożegnał się i… odezwały się werble Maanamu. Symboliczne, przeszywające. Żywe jak wtedy, w 1984 roku, gdy zagrały złowrogo ówczesnym funkcjonariuszom partyjnym. Mam nadzieję, że dziś tak samo złowieszczo odezwały się dla obecnych funkcjonariuszy, którzy odebrali mi coś dla mnie bardzo cennego…