Queen Innuendo, Metallica Metallica (Black Album), Pearl Jam Ten, Guns N’Roses Use Your Illusion, Nirvana Nevermind, U2 Achtung Baby, Michael Jackson Dangerous, Dire Straits On Every Street, Jethro Tull Catfish Rising, R.E.M. Out Of Time, Red Hot Chili Peppers Blood Sugar Sex Magik, Sting The Soul Cages, Anderson / Vangelis Page Of Life, Temple Of The Dog Temple Of The Dog, Massive Attack Blue Lines, Genesis We Can’t Dance, Bryan Adam Waking Up The Neighbours…

Co łączy tych kilkanaście wyjątkowych albumów?

Wszystkie mocno wpisały się w historię rocka. I wszystkie mają jedną wspólną cechę. Zostały wydane w 1991 roku, do dziś uznawanym za ostatni jak dotąd wyjątkowy czas w historii muzyki rockowej. Wybrałem tylko te najważniejsze, ale przecież znakomitych płyt ukazało się wtedy dużo więcej. A w muzyce polskiej? Wspomnieć wystarczy choćby Maanam Derwisz i anioł, IRA Mój dom, Soyka Acoustic,  Dżem Detox, Kazik Spalam się, T.Love Pocisk miłości…

Na temat wyjątkowego muzycznego roku 1991 powstało już wiele rozważań, a ja dorzucam swoje z dwóch powodów. Pierwszy, prozaiczny, bo właśnie mija 30 lat od tamtego czasu, a drugi – osobisty – bo sam mocno przeżywałem tamten okres, tamtą muzykę, jej nowe oblicza, nurty wypływające niemal z każdego źródła, z każdej strony. Już wtedy czułem, że i czasy i sztuka są wyjątkowe. Że coś ważnego się dzieje – tak na świecie jak i w muzyce właśnie.

Historia rocka to wielka amplituda wznosząca i opadająca sprzężona z ważnymi wydarzeniami politycznymi w przestrzeni.  Takim przełomem był na przykład rok 1969, który dziś ma swoją mocną markę jako koniec pewnej epoki – epoki hipisowskiej mocno przeplatanej wydarzeniami tamtego czasu. Wielu sądziło wtedy, że to wszystko co się dzieje idzie w stronę jakiejś apokalipsy, a już na pewno zakończenia pewnej ery w muzyce. Odszedł Jimi Hendrix, Janis Joplin, Beatlesi kończyli praktycznie swoją działalność. Woodstock i Altamont. A w tym czasie w polityce zabójstwo Kennedyego, a wcześniej kryzys kubański i świat na granicy wojny nuklearnej. To wszystko pogrzebało epokę dzieci kwiatów spod hasła ‘Make Peace Not War’. Tak w 1969 roku skończyła się epoka.

A później – jak to często określa mój przyjaciel, audiofil i muzyczny guru Lucjan – nastała ta nieszczęsna landrynkowa era różowej popeliny spod znaku disco i new wave. Aż do roku 1991 właśnie, gdy kolejna fala przemian politycznych zalała świat i poruszyła także muzykę. Osobiście dla mnie ten rok kojarzy się z wieloma przegadanymi z Lucjanem wieczorami przy nowych płytach CD, potwornie wtedy jeszcze drogich, które przegrywałem od niego na kasety. A proces przegrywania był celebrą. Nierozłącznie wiązał się z wielogodzinną kontemplacją muzyki przy dobrym winie.

Rok 1991 to czasy, w których marzeniem mieszkańca Polski było posiadanie Poloneza Caro, magnetowidu Panasonic i 21-calowego kolorowego telewizora Sanyo, w którym mógł oglądać pożegnanie radzieckich żołnierzy stacjonujących na terytorium RP. To czas końca zimnej wojny, rozpadu Związku Radzieckiego, operacji Pustynna burza i tworzenia się nowej Europy. Stawiania nowych granic i otwierania innych. W obliczu takich przełomów, w kulturze zawsze rodzą się rzeczy niezwykłe, tym bardziej, że mocniej niż wcześniej głos zaczęli zabierać przedstawiciele pokolenia X (Genaration X) – nowej generacji nastolatków, młodzieży wymodelowanej przez popkulturę i rewolucję.

Sygnał do zmian w muzyce rockowej dała chyba Nirvana. Wydała album Nevermind w nakładzie pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy (niewiele jak na rynek amerykański). Utwór „Smells Like Teen Spirit”, napisany na kolanie przez Cobaina w studiu, tak aby tylko rymy pasowały do brzmienia gitar, stał się niejako hymnem pokolenia X. Album szybko zrzucił z list przebojów płytę Dangerous Michaela Jacksona. Narodził się grunge.  Młodzi muzycy przestali używać szminki i lakieru do włosów, a zamiast lateksowych gaci i bluzek w panterkę nosili wytarte dżinsy, flanelowe koszule i wyciągnięte swetry. Przy nich nawet takie rockowe tuzy jak Guns n’Roses, Aerosmith czy Def Leppard okazały się spokojnymi pudelkami. Ale dzięki genaracji X dostały kopa do mentalnej aktywności twórczej w nowym świecie. Gęste granie na niżej strojonych gitarach nie skończyło się więc tylko na chłopakach w kraciastych flanelach z Seattle i stylu grunge. Metallica  nagrywa wtedy czarny album. Pierwszy raz zespół metalowy wchodzi na szczyty list przebojów do głównych rozgłośni w których do tej pory grano muzykę pop czy rock ale bez mocnego uderzenia. Utwór „Enter Sandman” to przecież idealny przykład ożenku metalu z grunge’m

Rok 1991 stał się dzięki temu fascynujący. Przyniósł równowagę tych wielkich i tych nowych. Ci drudzy, reprezentujący najróżniejsze gatunki, wchodzili na rynek wywarzając drzwi razem z futryną: oprócz Nirvany i całej fali grunge (Soundgarden, Pearl Jam czy Alice In Chains), także Lenny Kravitz, My Bloody Valentine, Massive Attack, Sepultura, Blur, Oasis, a do tego cała seria świetnego hip-hopu. Ci starsi, już znani, jak Michael Jackson, Prince, Ozzy Osbourne, Tom Petty, Stevie Ray Vaughan, U2 czy Queen nagrywali albumy ponadczasowe, udane komercyjnie, często najbardziej dojrzałe artystycznie. W roku 1991 ukazały się też przełomowe płyty młodych zespołów, które były już znane, ale dzięki nim ze statusu „kultowego” awansowały do globalnej rozpoznawalności i popularności. To m.in. Red Hot Chili Peppers, R.E.M., czy Metallica, które po roku 1991 były już supergwiazdami rocka, znanymi pod każdą szerokością geograficzną. Można tylko żałować, że AC/DC nie zaczekało zaledwie cztery miesiące z premierą swej obłędnie dobrej płyty The Razor’s Edge z nieśmiertelnym utworem „Thunderstruck” i, że Scorpions także pośpieszyli się ze swoim Crazy World (obie płyty wydane w 1990 roku).

Jedna dziesiąta dawnego corocznego trójkowego Topu Wszech Czasów to utwory z roku 1991: Sting, Queen, R.EM. (z przebojem „Losing My Religion”), Bryan Adams („Everything I do I Do It For You” do filmu „Robin Hood”, który pobił wszelkie rekordy oglądalności), Guns N’Roses, Dire Straits, Genesis.

Wreszcie 1991 to przede wszystkim rok śmierci Freddiego Mercury’ego. Innuendo było ostatnim studyjnym dziełem wydanym za jego życia. Odejście Freddiego pełne jest symboliki, także w kontekście niniejszego postu. Rodzi się nowy nurt grunge, nowa dekada i umiera król… Mercury żegna jakby symbolicznie epokę lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a Królowa przechodzi do historii. Innuendo to album szczególnie wyjątkowy bo naznaczony pożegnaniem, śmiercią. Ale też słowami ‘Show Must Go On’. Przedstawienie musi trwać.  Przychodzą następni, świat się zmienia.

Czasami lubię zestawiać rok 1991 w analogii z dobrym rocznikiem wina. Koneser wie, że jeśli jakieś lato było wyjątkowo pogodne, to wino z tego okresu zazwyczaj jest bardzo dobre. Tak samo ja – trafiając czasami na nieznaną mi płytę, patrzę na rok jej wydania. Gdy widzę 1991 – gotów jestem zaryzykować jej kupno, bo wiem, że pochodzi z najlepszego muzycznie rocznika!

Nirvana – „Smells Like Teen Spirit” – hymn pokolenia X