Zatem zacząłem chodzić na cover bandy! Niedawny koncert Another Pink Floyd ostatecznie przekonał mnie, że skoro nie ma już najmniejszych szans na zobaczenie oryginału, to dobra replika jest lepsza niż nic. Tym bardziej, że o ile w przypadku krakowskich muzyków kopiujących niemal 1:1 muzykę Floydów mamy do czynienia z pasją odtwórców młodszych o całe pokolenie od oryginału, o tyle w przypadku Dire Straits Legacy mamy na scenie skład, w którym znajduje się aż trzech byłych muzyków Dire Straits, związanych z tym zespołem na różnych etapach jego działalności. Choć faktem jest, że związki te nie były długie – ot konkretna trasa czy album.

Zespół w składzie z Markiem Knopflerem oficjalnie przestał istnieć w 1995 roku, a ostatni koncert zagrał w 1992. Ciekawostką jest fakt, że Knopfler, John Illsley, Alan Clark i Guy Fletcher zagrali z sobą później jeszcze raz 19 czerwca 1999, wykonując pięć utworów na weselu Illsleya. Po rozwiązaniu zespołu jego dawni członkowie podejmowali wiele prób namówienia Knopflera do reaktywacji formacji, ale bez skutku. Po latach powołali zatem do życia supergrupę Dire Straits Legacy, złożoną zarówno z członków Dire Straits, jak i muzyków sesyjnych oraz towarzyszących zespołowi podczas tras koncertowych. Skład DSL także ewoluował i obecnie wygląda tak: klawiszowiec Alan Clark (DS w czasach „Making Movies”, „Love Over Gold” i „Alchemy Live” 1980-83, a później sesyjnie, koncertowo i producencko w różnych okresach aż do 1995), gitarzysta Phil Palmer (DS „On Every Street”, „On the Night Live” 1991-93), saksofonista i flecista Mel Collins (DS „Love Over Gold”, „Alchemy” 1982-84), basista Trevor Horn (znany z grup The Buggles i YES) oraz Primiano Di Biase – jeden z najbardziej rozchwytywanych włoskich klawiszowców. Frontmanem zespołu, mierzącym się z legendą Knopflera jest gitarzysta Marco Caviglia, jeden z najlepszych naśladowców jego stylu gry i śpiewu. Przy okazji warto wspomnieć, że jeszcze inny członek oryginalnych Straitsów, saksofonista  Chris White także założył grupę odtwarzającą tę legendarną muzykę. Działa ona pod nazwą Dire Straits Experience. To zapewne i tak niewiele w stosunku do ilości zespołów Boney M! Reasumując, w składzie dzisiejszego Dire Straits Legacy jest dwóch muzyków, którzy razem zagrali na słynnej trasie „Alchemy Live” (1983), której owocem jest dwupłytowy album oraz film.

Muzyka Dire Straits bez Marka Knopflera? Czy to możliwe, czy ma sens? Od wielu lat muzycy Dire Straits Legacy udowadniają, że tak! Zrobili to i tym razem, we wrocławskiej Hali Stulecia podczas tegorocznego festiwalu „3-majówka”. Repertuar tej edycji festiwalu był wyjątkowy, najciekawszy i najbardziej różnorodny z wszystkich jakie pamiętam, z kilkoma zagranicznymi gwiazdami dużego formatu. W pełni wrócono po okresie pandemii do formuły dwóch scen, a dobór artystów sprawiał, że wielokrotnie miałem dylemat co wybrać, z przykrością rezygnując z tego czy owego koncertu, lub wpadając na niego tylko na 2-3 utwory. Dire Straits Legacy był jednym z żelaznych punktów, które wyznaczały szkielet mojego trzydniowego delektowania się magią muzyki. Okazało się, że nie tylko mojego, bo już na długo przed pierwszymi akordami hala wypełniła się po brzegi, co oznacza, że kilkaset osób zapewne z bólem serca opuściło przed czasem koncert Happysad na Pergoli. Po dwóch, trzech utworach Hala Stulecia była już wypełniona po brzegi.

Setlista wrocławskiego koncertu nie była specjalnie długa, liczyła zaledwie 10 piosenek plus bisy, warto jednak pamiętać, że kompozycje Dire Straits, a szczególnie te zaaranżowane dla wykonania na żywo, są dość rozbudowane i liczą po kilkanaście minut.

Koncert zaczął się nastrojowym intro fortepianu i gitary utworu Private Investigations z płyty „Love Over Gold” (1982), zagranego w przytłumionych światłach sceny. Piosenka, której tekst stanowią osobiste zwierzenia detektywa, ma przejmującą konstrukcję, zaczynającą się nostalgicznie i nastrojowo od brzmień gitary akustycznej i melorecytacji, by przejść w dialog dwóch gitar, a w pewnym momencie poruszyć słuchacza mocnymi, wręcz niepokojącymi uderzeniami w struny gitar i klawisze fortepianu. Przyznam się, że w zamierzchłych czasach licealnych, gdy prowadziłem jeszcze dyskoteki, uwielbiałem puszczać ten utwór i miałem nie lada ubaw widząc, jak przytulone pary w połowie utworu nie wiedziały jak dalej tańczyć. Już w tym pierwszym utworze zagranym przez Dire Straits Legacy we Wrocławiu dało się usłyszeć pełen kunszt wszystkich muzyków, po kolei włączających się w swoje partie i ogromne podobieństwo do oryginalnego wykonania. I tutaj na scenie, i tam w latach 80-tych na płycie „Love Over Gold” partie klawiszowe zagrał ten sam Alan Clark.

Po takim balladowym wprowadzeniu słuchaczy w stan niemal muzycznej hipnozy, Alan zaintonował organowy wstęp do rock’n’rollowego szlagieru Walk Of Life z płyty „Brothers in Arms” (1995), po czym zaczęło się istne szaleństwo – i na scenie i pod nią. Bo jak nie podskakiwać w rytm tego utworu? To mniej więcej tak, jakby na koncercie Queen usłyszeć I Want To Break Free. Kocham płytę „Brothers in Arms”, bo od niej zaczęła się moja fascynacja Straitsami, jednak mam pewien problem z tym utworem. Niestety, ale upodobali go sobie różni muzycy występujący na weselach oraz didżeje w komercyjnych stacjach radiowych, w których piosenka stanowi trzon każdej playlisty. Energia tego dynamicznego utworu zadziałała także na widzów w Hali Stulecia, która wypełniła się po brzegi i falowała w rytm rock’n’rollowego „He got the action, he got the motion / Oh yeah, the boy can play…”. No bo można nie znać Dire Straits, ale żeby nie otrzeć się przynajmniej kilka razy do roku o Walk Of Life? Takiego przypadku chyba nie ma!

Kolejnym utworem zagranym przez DSL był The Bug z ostatniej studyjnej płyty „On Every Street” (1991). Tyle lat już minęło od jej wydania, tyle odtworzeń, a ja wciąż nie mogę się do niej przekonać. We Wrocławiu usłyszeliśmy tylko jedną piosenkę z tego albumu, ale za to wykonaną przepięknie, w stylu iście knopflerowskim. Marco Caviglia zrobił to tak, że gdy zamykałem oczy, cofałem się o trzydzieści lat na koncert oryginalnego Dire Straits! (P.S. na którym nota bene nigdy nie byłem, ale tak sobie go właśnie wyobrażam!). Jakąś namiastkę podróży w czasie jednak miałem, bo i tutaj w Hali Stulecia i tam na płycie „On Every Street” zagrał ten sam gitarzysta – Phil Palmer.

Po tej wyprawie w obszary lat 90-tych zespół cofnął się o dekadę i przypomniał o płycie „Making Movies” z roku 1980, wykonując następująco po sobie dwa pierwsze utwory z tego krążka. Charakterystyczne organowe intro Carousel Waltz Richarda Rodgersa z musicalu „Carousel” (1945) podniosło temperaturę na widowni, bo wprowadzało do ponadczasowego Tunnel of Love. To kompozycja wielowarstwowa, z częstą zmianą tempa, ewoluująca od wokalnej opowieści aż do instrumentalnej ekspresji, w której każdy z muzyków ma swoją ważną część do odegrania. Domyślam się, że jest utworem dość trudnym do wykonania, szczególnie dla wokalisty – który naśladując Marka Knopflera musi przeplatać każdy wyśpiewany wers z krótką zagrywką solówkową na gitarze. Kompozycja kończy się oszałamiającym gitarowym solo, po którym następuje lot po klawiszach fortepianu w technice vivace. Znów z przyjemnością dodam, że i na koncercie i na płycie zagrał ten sam Alan Clark, a jego partia fortepianu w wersji live była znacznie dłuższa niż na albumie studyjnym.

Uwielbiam Tunnel Of Love za konstrukcję tego utworu, za melodykę i kunszt wykonania. Mam z nim też miłe wspomnienia jeszcze z czasów, gdy prowadziłem polski Fan Club Dire Straits. Jedna z relacji telewizyjnych z organizowanego przez nas zlotu fanów, przygotowana przez nieżyjącego już katowickiego dziennikarza muzycznego Wojciecha Zamorskiego, oparta była o tło muzyczne właśnie tego utworu.

Drugim kawałkiem z płyty „Making Movies” była piosenka, która stałą się inspiracją dla wielu artystów i doczekała się wielu interpretacji. Na uwagę zasługuje choćby wykonanie tego utworu przez The Killers. Mowa tutaj o Romeo and Juliet, słodko-gorzkiej opowieści, która najpiękniej brzmi przy akompaniamencie akustycznej gitary rezofonicznej, tzw. Dobro. Jej cechą charakterystyczną jest zastosowanie metalowej drgającej płyty nałożonej na pudło rezonansowe, która jak membrana wzmacnia dźwięk strun i nadaje im oryginalne metaliczne brzmienie. Mark Knopfler, użył tego instrumentu do nagrania właśnie piosenki Romeo and Juliet, a uzyskany efekt był tak barwny, że od tamtego czasu wykorzystywał go w kolejnych kompozycjach. Gitara Dobro stała się wręcz znakiem rozpoznawczym muzyki Dire Straits, a jej fotografia jest głównym elementem graficznym okładki płyty „Brothers in Arms”. Upowszechniła się też wśród innych muzyków i zespołów na świecie.  Oczywiście na wrocławskim koncercie DSL opowieść o Romeo i Julii nie mogła zostać wykonana inaczej, jak właśnie z użyciem gitary Dobro i fortepianu, a jej aranżacja była na tyle wzruszająca, przejmująca, melodyjna, że aż musiałem poprosić dwie stojące za mną blondyny, aby choć na chwilę przestały gadać. Cóż, oznaka starości. Zaczynają mi przeszkadzać głośne rozmowy na koncertach!

Setting Me Up oraz Down To The Waterline to muzyczna wędrówka do roku 1978, do pierwszej płyty Dire Straits. Najbardziej surowej, gitarowej, naturalnej, a jednocześnie ukazującej, oryginalny styl nowego wówczas brytyjskiego zespołu. Ochrypły głos wokalisty, dogrywanie krótkich solówek po każdym wyśpiewanym wersie, charakterystyczne szarpanie strun palcami, nie kostką, wreszcie częste dialogi dwóch gitar, to wszystko definiuje styl Dire Straits. Na pierwszej płycie rozmawiały z sobą gitary Marka i jego młodszego brata Davida. Tutaj na wrocławskim koncercie – nie gorzej zrobili to Marco i Phil.

Płyta „Brothers in Arms” znalazła swoje godne miejsce podczas koncertu DSL. Nic dziwnego, w końcu uznawana jest za najważniejszy album Marka i ekipy. Nie ma chyba na niej słabych miejsc, a kilka utworów zyskało miano kultowych. Jednym z nich jest Your Latest Trick z charakterystycznym saksofonowym intro.  Na płycie i ówczesnej trasie promującej grał je Chris White. We Wrocławiu usłyszeliśmy je w wykonaniu Mela Collinsa. Ten charyzmatyczny muzyk otrzymywał owacje każdorazowo, gdy tylko zjawiał się na scenie z saksofonem lub fletem poprzecznym. To muzyk wielkiego formatu. Collinsowi sławę przyniosły m.in. występy w King Crimson, Camel oraz współpraca z Erikiem Claptonem, Dire Straits, Bryanem Ferrym, Marianne Faithfull czy The Rolling Stones. Collins współpracował ponadto z takimi muzykami i grupami jak: The Alan Parsons Project, Bad Company, Eric Burdon, Clannad, Joe Cocker, Terence Trent D’Arby, Humble Pie, Phil Lynott, Phil Manzanera, Meatloaf, Robert Palmer, Cozy Powell, Gerry Rafferty, Cliff Richard, Stray Cats, David Sylvian, Tears for Fears, Tina Turner, Uriah Heep, Roger Waters, Richard Wright…

Po wirtuozerskim wykonaniu Your Latest Trick przyszła kolej na Telegraph Road z płyty „Love Over Gold” (znów z gitarą Dobro), a po nim utwór zamykający główną setlistę, choć przecież tak naprawdę od niego wszystko się zaczęło. To dzięki niemu, jesienią 1978 roku świat usłyszał o Dire Straits. Chyba na żadnym koncercie, czy to Marka Knopflera, czy jego dawnych kolegów lub jakiejkolwiek grupy coverującej Straitsów nie może zabraknąć Sułtanów swingu! Ta miła melodia i prosta z pozoru konstrukcja utworu niezmiennie zachwyca swoim pomysłem, rockową surowością i energią. Łatwe riffy są żelaznym repertuarem nauki dla każdego początkującego gitarzysty. Pierwotnie była to bardzo prosto zaaranżowana piosenka w tradycyjnym dla rocka stylu dwóch gitar, gitary basowej i perkusji. Tekst utworu opowiada o zespole jazzowym o nazwie Sultans of Swing, grającym w londyńskich pubach niemodny wówczas jazz. Dla członków Sultans of Swing nie jest ważna popularność, ale sama radość grania muzyki. W późniejszym czasie Knopfler kilkukrotnie zmieniał kilka linijek utworu podczas koncertów, zazwyczaj zastępując imiona muzyków fikcyjnego zespołu Sultans of Swing imionami członków Dire Straits. Utwór został umieszczony na debiutanckim albumie Dire Straits, kompilacyjnych albumach z największymi przebojami, a także na nagranych na żywo albumach „Alchemy Live” i „Live at the BBC”. Jest to jedna z najbardziej znanych i popularnych piosenek Dire Straits. W wersji na płycie trwa ponad 5:30 minuty, czyli dość długo jak na ówczesne standardy radiowe, ale i tak jest brutalnie wyciszona podczas najciekawszej, mistrzowskiej wręcz gitarowej solówki Marka Knopflera. Na szczęście w koncertowej wersji na albumie „Alchemy Live” muzycy zaprezentowali wersję dłuższą, trwającą prawie 11 minut. I tę właśnie wydłużoną wersję zagrali Dire Straits Legacy we Wrocławiu. Jest ona o tyle interesująca, że dzieli utwór niejako na dwie części. Pierwsza kończy się mniej więcej tak jak na płycie, ale zaraz po niej następuje krótka pauza i zaczyna się rozpędzać część instrumentalna z obłędnymi solówkami na stratocasterze.

Bisy zaczęły się od wymownego gestu Alana Clarka, który wszedł na scenę okryty ukraińską flagą, po czym zadedykował kolejny utwór „for great people from Ukraine”. Tym utworem nie mógł być żaden inny jak tylko Brothers in Arms. W górę uniosły się setki dłoni z zapalonymi ekranami smartfonów, na których rozbłysły żółto-niebieskie barwy, a Marco swym zachrypły głosem śpiewał majestatycznie przy łkających brzmieniach gitar i organów Hammonda: „Wśród tych pól zniszczenia / I chrztu ognia / Byłem świadkiem waszego cierpienia / A bitwa szalała ponad nami / I chociaż tak bardzo mnie skrzywdzili / W strachu i trwodze / Nie opuściliście mnie / Moi towarzysze broni…” To był moment, w którym wszystkie włosy na moim ciele zmieniały pozycję na wertykalną, a w oczach wielu dorosłych ludzi wokół widziałem łzy. Chwila wymowna, piękna, wzruszająca. Utwór, powstały w innej epoce, nabrał na nowo znaczenia, aktualności i połączył ludzi, dając poczcie solidarności w obliczu nieszczęścia i zagrożenia. Po tym utworze koncert właściwie mógłby się zakończyć, pozostawić wszystkich w refleksji, zmusić do opuszczenia hali w milczeniu. Nie miałbym nic przeciwko temu, aby zespół nie dawał już nic na deser, a pozostawił widzom lekki niedosyt. Wybici z nastroju dostaliśmy jednak jeszcze fenomenalnie wykonane Solid Rock i … jakże by inaczej… Money For Nothing.

Nie zaskoczył mnie dobór utworów podczas koncertu w Hali Stulecia. Większość z nich była po prostu oczywista. Uradował mnie natomiast fakt, że w tym zestawie pojawiły się takie kompozycje, które mogli zagrać ci sami muzycy, którzy wykonali je oryginalnie na którejś z płyt lub ówczesnej trasie promującej. To, w połączeniu z profesjonalizmem całego teamu dało niepowtarzalną atmosferę dawnego Dire Straits. Choćby dlatego jestem w stanie przeprosić za słowo „cover band”. W końcu w całej historii zespołu nie było nigdy jednolitego składu. Zmieniał się on z płyty na płytę, a nawet z trasy na trasę. Mamy więc teraz do czynienia z kolejnym, na dodatek bardzo dobrym teamem. To nadal Dire Straits. Z taką samą estetyką, pięknem, profesjonalizmem jak dawniej.

Najsłynniejszym w świecie cover bandem jest chyba Australian Pink Floyd. Jest podobno tak dobry, że na jego koncerty chodzi sam David Gilmour. Pamiętam niezliczoną ilość cover bandów koncertujących w Irlandii, wśród nich chyba najlepszy Rumours Of Fleetwood Mac. Moda na tę formę odtwarzania klasyków na dobre weszła do Polski. Zespoły robią to bardziej lub mniej odtwórczo. Polskim arcydziełem formatu jest chyba Queen Symfonicznie. Zespół profesjonalnych muzyków Filharmonii Łódzkiej jest już prawdziwą legendą, która podczas koncertów nie tylko odtwarza, ale także szeroko interpretuje kompozycje Freddiego i spółki. Wspomniany krakowski Another Pink Floyd z kolei skupia się na jak najwierniejszym zbliżeniu do oryginału, posługując się podobnymi modelami instrumentów i tymi samymi urządzeniami przetwarzającymi dźwięk. Ktoś powie: czy jest sens kontynuowania działalności zespołu, w którym z oryginalnego składu pozostał tylko jeden z muzyków? Albo czy tak jak w przypadku Tanderine Dream z oryginalnego składu nie ma już w zespole nikogo? Albo czy jest sens kopiowania klasyków? Jeszcze do niedawna odpowiadałem że nic nie zastąpi oryginału. Jednak wyraźnie zmieniam zdanie. Wielcy muzycy przychodzą, tworzą, starzeją się, odchodzą. Ale przecież ich muzyka i twórczość zostają. Czy więc muszą trwać tylko na płytach i filmach? Czy nie mogą nadal żyć w interpretacjach kolejnych muzyków? A może nawet powinny, tak jak twórczość Chopina, Beethovena czy Mozarta, która przez wieki żyje, jest na nowo interpretowana i wykonywana. Pewnych zespołów nigdy już z nami nie będzie, ale jeśli możemy dostać ich namiastkę w postaci dobrze zrobionej kopii, na dodatek dostępnej cenowo, to chyba warto.

Oficjalna strona Dire Straits Legacy

Your Latest Trick, Dire Straits Legacy – Wrocław 2022

Sultans Of Swing, Dire Straits Legacy – Wrocław 2022

Down to the Waterline – Dire Straits Legacy – Padua 2018