Foto: (c) BCK
Bilet na ten koncert czekał w mojej szufladzie od gwiazdki 2019 roku. Pierwotnie miał się odbyć w maju, ale lockdown zmusił organizatorów do jego przeniesienia na inny termin, a później jeszcze na inny i tak minęło dwa i pół roku od tamtej gwiazdki. W międzyczasie zespół zdążył wydać nową płytę, więc z niecierpliwością oczekiwałem prezentacji jakiegoś jej fragmentu.
Jethro Tull to dla mnie kawał dobrego życiowego soundtracku. Uwielbiam płytę „Aqualung”, która jest moim rówieśnikiem. Cenię całą twórczość Iana Andersona – i tę w Jethro Tull i tę w projektach solowych czy symfonicznych, szczególnie cudnie brzmiących na płycie winylowej. Ponadto, perspektywa usłyszenia tej muzyki w pięknej, doskonałej akustycznie kameralnej sali Bielskiego Centrum Kultury sprawiała, że warto było czekać. Tym bardziej, ze bilety, jak na dystrybucję w 2019 roku nie były tanie – 290 zł.

Tradycją bielskich koncertów są spotkania z artystami w foyer po występie. A zatem uzbrojony w dwie płyty Jethro Tull przygotowane do podpisu pojechałem na koncert. Tuż przed jego rozpoczęciem niemiła niespodzianka. Przedstawiciel organizatora odczytał oświadczenie zespołu: „Nasz technik od oświetlenia otrzymał dziś rano pozytywny wynik testu COVID-19, w związku z tym prosimy o wyrozumiałość, ale koncert odbędzie się bez wizualizacji. Niestety, także u naszego perkusisty stwierdzono koronawirusa. Po konsultacji w zespole uznaliśmy, że zagramy koncert z przygotowanymi wcześniej partiami perkusji odtwarzanymi z komputera. Poza tym wszyscy zagrają na żywo!”  Oklaski mieszały się z pomrukami niezadowolenia, jednak sala wypełniona wiernymi fanami Andersona czekała tak naprawdę na swojego mistrza. A on pojawił się jak najbardziej żywy, co nawet w żartach próbował udowodnić po pierwszym utworze, pokrzykując zabawnie do mikrofonu i pozdrawiając widownię. Artysta, w świetnej formie fizycznej, od pierwszych zadęć fletowych, sprawił, że widownia dostała gęsiej skórki i zafalowała w rytm muzyki.

Koncert w ramach trasy The Prog Years udowodnił, że utwory progresywne były siłą przewodnią w zasadzie każdego kolejnego albumu Jethro Tull. Repertuar koncertu był bowiem przekrojowy, sięgał po najwcześniejsze utwory, ale też po te z ostatniego, wydanego w lutym tego roku albumu „The Zealot Gene”. Maestro, mimo swoich 75 lat, ciągle w ruchu, wciąż dynamicznie grający na flecie niezliczone solówki i zagrywki, również w swej ikonicznej pozie „na bociana” – jak np. w Living In The Past. Śpiew? Starał się z niezłym skutkiem, choć jego głoś jest już niższy niż kiedyś, słabszy, o mniejszej skali. Niektóre partie wokalne wykonywał świetny gitarzysta Joe Parrish. Były: Hunt By Numbers, Black Sunday, Clasp, Too Old To Rock And Roll: Too Young To Die!, Songs From The Wood, Loconmotive Breath i oczywiście Aqualung. W zasadzie każda z tych kompozycji była wykonana w innej interpretacji niż te znane z płyt, co dodawało atrakcyjności koncertowi. W jego trakcie ciekawe partie solowe mieli też klawiszowiec John O’Hara i basista David Goodier (obaj w zespole od 15 lat). Anderson trzymał świetny kontakt z publicznością, wtrącając przed niemal każdym utworem komentarz – czy to zabawną dygresję związaną z historią danej kompozycji czy poważną refleksję, jak przed utworem The Zealot Gene: „Może myślicie, że dotyczy Donalda Trumpa, ale tak naprawdę wielu innych podobnych mu populistów, którzy chcieliby przejąć całkowitą kontrolę nad mediami”, lub przed Mrs Tibbets: „Tuż za waszą granicą działa szaleniec. To piękne w jak dużym stopniu Polska pomaga ludności Ukrainy” (tutaj rozległy się owacje). Ten ostatni utwór dedykowany jest zresztą matce pilota, który w 1945 roku zdetonował jedną z dwóch użytych nad Japonią bomb atomowych.

Czy zespół dał radę bez żywego Scotta Hammonda na perkusji? Cóż, dzisiejsza technika komputerowa jest tak zaawansowana, że choć nie zastąpi człowieka, to doskonale zastąpi instrument. Ostatecznie było chyba perfekcyjnie. Co zaś tyczy się oprawi wizualnej – jej brak akurat wyszedł pewnie koncertowi na dobre, bo słuchacze mogli skupić się bardziej na dźwięku niż na światłach.

Mam z tym koncertem pewien niedosyt, może dlatego, że tak długo na niego czekałem, może też dlatego, że nie był tani. Po pierwsze jego długość – zaledwie półtorej godziny, może nieco dłużej.

Po drugie – uciążliwa przerwa techniczna po drugim utworze z powodu awarii wzmacniacza gitary. Ani Parrish, ani jego technicy przez kilkanaście minut nie mogli uporać się z problemem, a pozostali muzycy, w tym mistrz, bezczynnie kręcili się po scenie w coraz bardziej krępującej ciszy. Tymczasem każdy z nich jest profesjonalnym artystą i mógł w tym czasie zagrać choćby solową improwizację. Publiczność coraz bardziej znudzona wyciągała już telefony i przeglądała internet.
Po trzecie – planowa przerwa w trakcie koncertu (to jakaś nowa moda, która przychodzi do nas z klubowych koncertów na Zachodzie). Trwała około 20 minut i ten czas należy odjąć od wspomnianego wyżej czasu trwania koncertu. W czasie przerwy zapraszano do stoiska firmowego, gdzie jednak oferowano wyłącznie ostatnią płytę zespołu w wersji CD za cenę trzykrotnie wyższą niż na półce sklepowej i jeden model koszulki.
Po czwarte – zachowanie muzyków po koncercie. Pod sceną, a później w foyer tradycyjnie zebrała się grupa wiernych fanów w oczekiwaniu na szansę zamienienia kilku słów z artystami, zrobienia pamiątkowego zdjęcia, czy otrzymania autografu na płycie. Anderson nie wyszedł, aby choć krótko pozdrowić fanów, a muzycy dość nieelegancko zwijali kable, odwróceni plecami do słuchaczy, którzy pod sceną prosili o autograf. A może to wszystko po prostu przez ten covid?

Foto: (c) BCK Bielsko-Biała
GALERIA

Reklama